Wróciłam. Po ponad 4 miesiącach walki odzyskałam telefon stacjonarny i stały internet. A historia ta jest tak niesamowita, że gdybym jej sama nie przeżyła, to bym też nie uwierzyła. ;)
Ale po kolei i w skrócie. Jakoś tak się złożyło, że dawno temu jak się nikt nie przejmował różnymi przepisami, mój kabel telekomunikacyjny sobie szedł po bloku z zewnątrz. Jak nam ocieplali blok 1,5 roku temu to robotnicy zerwali ten kabel. Technicy z Netii zrobili prowizorkę z cienkiego kabla, który to wytrzymał nieco ponad rok i urwał się dokładnie 12 października 2012 r. Dostać się do starego kabla nie było jak bo został wmurowany w elewację/ocieplenie. Zgłosiliśmy awarię Netii. Przyszli technicy, stwierdzili zerwanie kabla i sobie poszli. I zaczął się nasz koszmar. Codzienne dzwonienie na infolinię Netii co się dzieje z naszą zgłoszoną awarią. Terminy naprawy były przesuwane co parę dni, konsultanci obiecywali, że do dnia tego a tego awaria zostanie usunięta. Najgorsze było jednak to, ze nikt faktycznie do nas nie przyszedł - ani jeden technik! Więc jak oni chcieli naprawić ten zerwany kabel - zdalnie z biura? Prośby ani groźby ani rozmowy z przełożonymi konsultantów nic nie dawały, obiecywali naprawę i nic się nie działo. W końcu, po prawie 2 miesiącach takich pustych obietnic i przesuwania terminu postanowiliśmy zerwać umowę z Netią a sprawę zgłosiliśmy też Rzecznikowi Praw Konsumenta. Zostały naliczone tzw. kary umowne za nieświadczenie usługi i opóźnienia w naprawie, których zażądaliśmy do zwrotu oraz kwoty 2 zapłaconych faktur w czasie gdy nie było już internetu i telefonu. Do tej pory nie dostaliśmy zwrotu wszystkich pieniędzy od Netii (poza marnymi groszami, które oni sobie jakoś wyliczyli) - sprawa została zgłoszona do Urzędu Komunikacji Elektronicznej.
Teraz część druga historii. Postanowiliśmy zatem zapisać się do Orange jako nowi klienci. Umowę podpisaliśmy jakiś tydzień przed świętami Bożego Narodzenia. Ktoś miał się pojawić do 30 dni. Święta, Sylwester, minęły 3 tygodnie - czekamy. Nikt się nie zjawił. Poszłam więc do salonu Orange zapytać co się dzieję. A tam się okazało, że nasze zgłoszenie jest zawieszone a w centrali dostali taką informację (nie wiadomo od kogo lub od Netii, nie zrozumiałam za dobrze), że my już w ogóle i nigdy nie chcemy mieć telefonu i internetu. WTF?! Wyprostowałam sytuację i po paru dniach przyjechali technicy. Obejrzeli mieszkanie, klatkę, piwnicę, w której jest puszka telekomunikacyjna.. stwierdzili, że naprawa jest trudna i droga i muszą napisać raport i zastanowić się co dalej i pojechali. 15 minut później dostajemy smsa, ze Orange zerwało z nami umowę z braku możliwości technicznych na podłączenie nowego klienta. WTF po raz drugi! No to jak nie Netia i nie Orange to zaczęliśmy szukać dostawców internetu radiowego, by chociaż jego mieć. Kontaktowałam się chyba z 7 firmami. Połowa od razu stwierdziła, że nie ma u mnie zasięgu, 3 firmy pofatygowały się by wysłać do mnie kogoś by sprawdził zasięg ale też nic z tego nie wyszło. Mój blok jest w jakiejś niecce czy coś, otoczony innymi budynkami gdzie żaden sygnał radiowy nie dociera. Kolejne załamanie.
Jednocześnie, żeby nie było, ze jestem kompletnie odcięta od świata wirtualnego, ja i siostra chodziłyśmy do koleżanki z bloku obok na internet. Później miałyśmy też internet mobilny ale jak wiadomo tam są pakiety, które ledwo starczyły na przeglądanie maili i kilku stron dziennie. W każdym razie podczas jednej takiej wizyty u koleżanki naszą smutną historię usłyszał jej tata. I się tym przejął. I nam pomógł. W taki sposób, że u siebie w pracy miał kolegę, który kiedyś pracował w TP. I ten znajomy podał nazwisko pewnego pana, który pracuje w firmie, która jest partnerem technicznym Orange i najwidoczniej ma jakąś władzę. Zadzwoniłam do niego w akcie desperacji i się okazało, ze on zna naszą historię, że kabel się urwał podczas ocieplania. I co najlepsze, ponoć zostało wysłane pismo do administracji naszego bloku o zgodę na naprawienie tego kabla. Jednak ktoś to chwilowo wstrzymał. Zatem pytamy administratorki oraz członków zarządu wspólnoty czy coś takiego dostali - wszyscy zaprzeczyli. Więc dalej kontaktuję się z tym panem, obiecał dowiedzieć się co i do kogo było wysłane. Kolejny tydzień czekania. Nagle okazuje się, że zgoda administracji jest i w najbliższych dniach ma się pojawić ekipa do naprawy. Dzień X minął. Dzwonię znowu, że nikogo nie było. I co się okazało? Że w bliźniaczym bloku, który był ocieplany jesienią zeszłego roku też się zerwał kabel, w tej samej klatce i pod tym samym numerem mieszkania jak u nas. I to do nich trafiło pismo i u nich nastąpiła zgoda na naprawę. Czy to nie jakiś pech? Ale sprawa została naprostowana, odpowiednia administracja powiadomiona i w ciągu paru dni pojawiła się ekipa, która i u mnie na klatce wywierciła parę dziur, przeciągnęła rurkę od piwnicy do samej góry a w rurce kabel do mieszkania. Dało się? Dało. I to zupełnie za darmo, a nie jak poprzedni technicy z Orange mówili.
Akt III i ostatni tej tragikomedii. Jest już kabel. Więc pędzę radośnie do Orange podpisać po raz drugi umowę na Fun Pack HD, czyli telefon, internet i telewizja. Po 3 dniach roboczych pojawili się technicy i... kolejny problem. Teraz muszę coś wyjaśnić. Mieszkam w bloku. Piętro niżej mieszka moja babcia. Od dawna było tak, ze mieliśmy 1 numer telefoniczny na 2 mieszkania oraz tylko my internet (bo babci po co). Główny kabel, ten naprawiony szedł do babci (bo tak dawniej było i tak mieli naprawić) a od niej do nas nasz prywatny drugi kabel, który ciągnął sygnał do nas. A ten cały Fun Pack polegał na tym, że głównym centrum dowodzenia jest router Livebox, od którego idzie telefon VOIP i telewizja. Gdyby technicy podłączyli to całe coś u nas, to sygnał by już nie mógł wrócić na dół do babci i babcia nie miałaby telefonu. A gdyby to zostało podłączone u babci to my nie mielibyśmy internetu i telewizji. Na szczęście technicy nas oświecili, że żeby było jak dawniej i wszystko grało to tu potrzebny jest telefon analogowy i od niego internet a nie na odwrót. Zatem co zrobić? Poprosiliśmy o ponowne zerwanie umowy i dzień później poszłam do Orange po raz 3 podpisać tym razem 2 osobne umowy na telefon analogowy i internet Neostrada. Po kolejnych 3 dniach roboczych udało się. Technicy podłączyli internet. Który po skonfigurowaniu routera nie działał. Zgłosiłam awarię Orange. Dzień później awaria została usunięta. Lecz myślicie, ze to koniec historii? Bynajmniej. Okazało się, że jakimś cudem ten prywatny kabel łączący nasze mieszkania wysiadł. Sygnał nie szedł do góry. Szlag! U babci był internet i telefon - u nas nic. Więc ostatnim zadaniem było kupienie nowego kabla i poprowadzenie go od babci do nas. Tata wywiercił dziury, ja przeprowadziłam kabel i przykleiłam go silikonem. Trzeba jeszcze co prawda te dziury zagipsować ale internet i telefon są i u nas i śmigają aż miło.
Koniec historii. Kto doczytał do końca tego podziwiam. Napisałam tę historię ten jeden jedyny raz i chcę już zapomnieć o całym tym koszmarze, który co prawda zakończył się happy endem ale co przeszliśmy to nasze. Siostra np. przestała wierzyć, ze kiedykolwiek odzyskamy stałe łączę. Ja za to do końca starałam się być optymistką. No i dalej walczymy z Netią by oddała nam pieniądze, ale to wiadomo, że takie biurokracyjne sprawy trwają i trwają...